Żarty skrywane w tekście. Czasem ukryte, czasem jawne. Nieposkromiony czarny humor w tle. Na blue monday, czarny czwartek, piątek trzynastego i każdy inny dzień tygodnia.
sobota, 4 lipca 2020
O spódniczce
Śpiewane do melodii "Mam chusteczkę haftowaną"
O spódniczce koronkowej,
Co ma dwa otwory.
W jednym nogi, w drugim tułów;
I ubiór gotowy,
Ta nie wejdzie,
Ta za chuda,
Ta ma ładne nogi.
A spódniczkę koronkową pan prezes założył...
Następny temat: Rzucając się z liścia.
Termin: 18.07.2020
sobota, 27 czerwca 2020
Kup prawo jazdy
Gdy ci smutno, gdy ci źle
- kup prawo jazdy.
Jeździć nie nauczysz się?
- kup prawo jazdy.
Polska taki piękny kraj.
- kup prawo jazdy.
W kopercie egzamin zdaj.
- kup prawo jazdy.
Bo Ty jesteś kierowcą pierwszej klasy.
Z Tobą zdobywać mogę jeziora, góry, lasy.
Z Tobą zdobywać chcę niepoznane lądy.
Nie ważne jest jak, gdzie, kiedy, którędy.
Tyle dróg jest jeszcze przed nami.
Jak nie samochodem, pojedziem czołgami.
Z Tobą każda nowa droga zdobyta,
Chociaż nadal masz osiem lat.
Nowy temat: wśród nocnej ciszy.
Termin: 11.07.2020
- kup prawo jazdy.
Jeździć nie nauczysz się?
- kup prawo jazdy.
Polska taki piękny kraj.
- kup prawo jazdy.
W kopercie egzamin zdaj.
- kup prawo jazdy.
Bo Ty jesteś kierowcą pierwszej klasy.
Z Tobą zdobywać mogę jeziora, góry, lasy.
Z Tobą zdobywać chcę niepoznane lądy.
Nie ważne jest jak, gdzie, kiedy, którędy.
Tyle dróg jest jeszcze przed nami.
Jak nie samochodem, pojedziem czołgami.
Z Tobą każda nowa droga zdobyta,
Chociaż nadal masz osiem lat.
Nowy temat: wśród nocnej ciszy.
Termin: 11.07.2020
sobota, 20 czerwca 2020
W obronie pomidorów
Po stromych skarpach pewnym krokiem kroczy Czarny Rycerz. Zbroja jego
przypomina bezksiężycową noc, za nim zaś, niczym na smyczy,
ostrożnie stąpa jego wierny Giermek. Choć krajobraz, niczym
zaorane pole, wygląda na całkowicie odmieniony ostatnimi walkami,
Rycerz bez cienia wątpliwości podąża znaną tylko sobie ścieżką.
Wiedziony węchem czy innym wyostrzonym zmysłem, odnajduje oazę.
Przed parą rozpościera się niewielka polana, ukryta wśród
wybrzuszeń terenu. Idealne miejsce na krótki odpoczynek po długiej
drodze jaką odbyli. Czarny Rycerz bez słowa kieruje się w ustronny
kąt łączki, gdy speszony Giermek, nucąc pod nosem nikomu nie
znaną melodię, nagle staje się bardzo zainteresowany swoją własną
koszulą.
- Co panowie robią?!
Nieoczekiwanie zza
drzew i pagórków wyłania się wieśniak odziany w typowo chłopskie
ubranie. Jedynym wyróżniającym się atrybutem jest biała szmata,
którą chłop dzierży niczym najgroźniejszą broń. Za nim pojawia
się baba, które szepce mu do ucha zdania, sprawiające, że kmiotek
wpada w jeszcze większą złość.
- Co pan robi, panie
Rycerzu?! - gospodarz decyduje się zaatakować Czarnego. - Pan nie
widzi? Ja wiem, wojenka, pojedynki tylko w głowie, ale pan też coś
musisz przecież jeść!
Czarny Rycerz
pozostaje niewzruszony. Giermek, zażenowany całą sytuacją,
postanawia wkroczyć do akcji:
- Ale o co chodzi,
panie gospodarzu?
- O co chodzi? O co
chodzi! Następny głupek. Panowie się przypadkiem nie pomylili I
przebrali w odzienie szlacheckie? Nie wierzę, że na takie coś idą
moje pańszczyny!
- Panie gospodarzu,
ja myślę, że to się jednak wszystko da załatwić bez krzyków i niepotrzebnych obelg. Ja rozumiem, pan jest prosty, ale mówisz pan
jednak do rycerza i to jeszcze nie byle jakiego rycerza, ale
Czarnego Rycerza. Trochę szacunku!
- Szacunku?! A gdzie
szacunek dla mnie?! Gdzie szacunek dla moich pomidorów?!
- Jakich znowu
pomidorów?!
- Tych! – krzyczy
chłop, wskazując rękami na pole wokół Czarnego. - On leje na
moje pomidory!
Oczy Giermka nagle
stają się wielkie jak spodki. Rzeczywiście, w miejscu, do którego
Rycerz udał się za potrzebą, rosną niewielkie, dopiero lekko
zaczerwienione pomidory. Obecnie zalewane falą jasnozółtych
szczyn.
- Ja… To znaczy…
Ekhm… Przepraszam…- Giermek zaczyna plątać się w swoich
tłumaczeniach, nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji bez szwanku.
Bezskutecznie. Na jego głowie ląduje śnieżnobiały łachman.
Giermek bez zwłoki zaczyna zbierać swój dobytek, oglądając się
jedynie, czy jego pan zdążył uciec przed gniewem wieśniaka.
Niestety z tego co widać, Czarny podzielił los swojego giermka i żwawo stara się uniknąć bolesnych ciosów, jednocześnie
zachowując resztki godności. Towarzysze prędko opuszczają polanę
złego wieśniaka i wyruszają w dalszą drogę, chcąc zapomnień o
swojej najnowszej przygodzie.
Nowy temat: O Spódniczce.
Termin: 04.07.2020
Nowy temat: O Spódniczce.
Termin: 04.07.2020
sobota, 13 czerwca 2020
Śmieciowózkiem w piękny rejs
W Andaluzji
Sama nie mam pojęcie, jak znalazłam się w Hiszpanii. Z podziwem, ale też zaskoczeniem patrzyłam na ten multikulturowy rejon.
Krajobraz był gładki, rześki. Wysokie góry suzmie spoglądały na gładką taflę oceanu. Na ich bokach oparte były białe domy, z których radośnie błyskały okna.
Pogoda była tutaj taka, jakiej u nas nie zaznasz. Okrągłe słońce uśmiechało się wesoło i szczerze niczym twarz prezydenta na obradach sejmu. Na nieskazitelnie błękitnym sklepieniu nieba nie było ani jednej chmurki. Wszystko się jakby rozpływało.
Wówczas zza cienia porannej mgły dostrzegłam miasto. Wędrujący tam ludzie wyglądali niczym mrówki wychodzące ze swojego mrowiska. Tak szła przez coraz bardziej zapełniające się ulice seria małych robotów z tymi samymi twarzami niczym kopiuj-wklej. Podeszłam bliżej, mając nadzieję, że coś się zmieni. Zmrużyłam oczy przed oślepiającym światłem, lecz nic mi to nie dało, wyglądałam tylko jak mały Eskimos, który dziwnym trafem znalazł się w strefie podzwrotnikowej. Ale i mimo tego ten mały skośnooki chłopczyk nie zobaczył nic innego, jak serię rytmicznie poruszających się ludzików z klocków Lego® (o ile tu dotarły z Danii).
Już zaczynałam tracić nadzieję. Jak w tym pięknym miejscu życie może trwać tak mechanicznie. I kiedy wydawało mi się, że jest beznadziejnie, usłyszałam krzyk rozdzieranego kota. To nie był kot.
Zgubiła mnie moja ciekawość i zbliżyłam się. Zrozumiałam, że był to czarnowłosy mężczyzna ubrany w czerwone szaty duchownego. Wskazywał coś przed sobą. Zdezorientowany tłum rozstąpił się. Na środku placu zostałam tylko ja. Rozejrzałam się niepewnie dookoła, ale nikt nie podchodził. Nikt, oprócz człowieka-kota.
Wskazywał na mnie palcem, zbliżał się, coś mówił.
Nagle czas dla mnie zaczął płynąć szybciej. W mojej głowie pojawiły się liczne obrazy z mojego życia. Zamknęłam oczy. Jeszcze moment, chwilą, zaraz czar pryśnie... ale nic takiego się nie stało, a cz) owiek w sutannie tylko coraz bardziej się do mnie zbliżał. Był już prawie o krok...
W tedy poczułam się jak alien. Nie pasowałam tu. Nic dziwnego, że lasery w oczach członka inkwizycji zadziałały.
Przerażona zaczęłam uciekać na miękkich nogach. Świat przede mną topniał niczym lód śmietankowy. Obraz stawał się coraz bardziej rozmazany, apodłoże lepkie.
Zamieniłam się w mysz uciekającą przed kotem. Już prawie mnie miał, gdy usłyszałam trzask i huk. Bałam się odwrócić. Z dwojga złego wolałam zostać myszą niż słupem soli. Biegłam więc nieco po omacku dalej.
Wtedy znalazłam się na plaży. Żar słoneczny nagrzał piasek do czerwoności. Na styku wody i lądu miało się wrażenie, że woda paruje. Nie miałam jednak wyjścia. Wbiegłam na gorący piach. Czułam, jak parzy mnie w stopy, ale się nie poddawałam. Wówczas zobaczyłam kładkę, po której mogłam spokojnie wbiec do przycumowanwgo tam pojazdu.
Tymczasem Inkwizytor zbliżał się do mnie, otrzepując ubrania z kurzu. Ręce miał obdarte. Najwyraźniej chwilę temu to właśnie on narobił tyle rabanu, wywracając się o zgubione przeze mnie obuwie. Ja natomiast zdążyłam odcumować śmierdzącą łódkę i lekko się kołysząc na wodzie, zaczęłam oddalać się od brzegu.
Mężczyzn jeszcze przez chwilę wymachiwał stamtąd do mnie groźnie pięścią, w drugiej ręce trzymając moje zużyte tenisówki. Mam wrażenie, że krzyczał coś w stylu : "Ja ci jeszcze pokażę", ale byłam zbyt daleko, by go usłyszeć. A ja? Pomachałam mu tylko w odpowiedzi i popłynęłam śmieciowózkiem po Odrze do Gdańska w piękny rejs.
A tam? Kto wie, może do dzisiaj palą mój portret na stosie...
Nowy temat: kup prawo jazdy.
Termin: 27.06.2020
Nowy temat: kup prawo jazdy.
Termin: 27.06.2020
sobota, 6 czerwca 2020
Gdzie zaginęła głowa
Gdzie się głowa zapodziała?
Czy pod łóżkiem się schowała?
Czy w lodowce leży może?
Czy mi szukać jej pomożesz?
Bo bez głowy, jak bez ręki,
Człowiek już przechodzi męki.
Lecz nie cierpi tu ofiara,
W niej jest śmiechu co niemiara.
Bo brak głowy, to brak troski,
Jest to stan niemalże boski.
Nie szczęśliwi to sąsiada,
Bo to nań część nieszczęść spada.
Bowiem on odpowiedzialny,
Za ten stan mniej niż normalny;
Jemu głowę pożyczyłam,
I się czegoś nauczyłam.
Prawi mądrze babka stara,
Co doradzi za talara:
„Dobry zwyczaj,
Nie pożyczaj”.
Czy pod łóżkiem się schowała?
Czy w lodowce leży może?
Czy mi szukać jej pomożesz?
Bo bez głowy, jak bez ręki,
Człowiek już przechodzi męki.
Lecz nie cierpi tu ofiara,
W niej jest śmiechu co niemiara.
Bo brak głowy, to brak troski,
Jest to stan niemalże boski.
Nie szczęśliwi to sąsiada,
Bo to nań część nieszczęść spada.
Bowiem on odpowiedzialny,
Za ten stan mniej niż normalny;
Jemu głowę pożyczyłam,
I się czegoś nauczyłam.
Prawi mądrze babka stara,
Co doradzi za talara:
„Dobry zwyczaj,
Nie pożyczaj”.
Teraz jam bezgłowa mara.
Nowy temat: W obronie pomidorów.
Termin: 20.06.2020
Termin: 20.06.2020
sobota, 30 maja 2020
Nikt nie spodziewał się radosnych konkwistadorów.
W sali lustrzanej
Kontynuacja serii "W barokowym pałacu".
Kiedy przeszłam do pokoju lustrzanego, ogarnęła mnie cisza. Powietrze było tu jakby nieruchome. Drobinki kurzu nie tańczyły wesoło. Światło słoneczne nie dobiegało z zewnątrz. Zamknięte okiennice złowrogo trzeszczały.
Poczułam się, jakbym została zamknięta w drewnianej skrzynce. Tylko garstkę ziemi położyć obok mojej głowy. Brak też lichej poduszeczki, na której mogłabym położyć swoje zmęczone pląsami ciało.
Na przykrytej białym dywanem podłodze dawno nikt nie figlował. Dawno pokój ten nie widział kolorowych tunik, zgrabnych garsonek i fraków. Przed wielu laty bawiła się tu śmietanka towarzystwa, dziś marsza żałobnego gra tylko cisza. W tej przestrzeni poczułam się, jakbym była mała i naga. Wobec ozłacanych ram lustrzanych połyskujących mimowolnie na ścianie, moje odzienie wyglądało żałośnie i nędznie. Miałam wrażenie, jakbym umarła i znalazła się bardzo daleko od łąk zielonych, jakby już nic nie miało na mnie czekać. Nic, tylko pustka i sen.
I w sen zapadłam – długi, gwałtowny, niespokojny. Wokół mnie zebrały się panie o kształtach Rubensa i panowie z dorodnymi brodami i wąsami. Część z tych osób ubrana była w sprane suknie, zbyt często zakładane na huczne zabawy. W pewnym momencie podeszła do mnie jedna z kobiet. Podała mi zszarzałą dłoń i zaprosiła do kręgu. Weszłam doń i zaczęłam tańce razem z nimi. Po chwili dopiero zorientowałam się, że część z tych osób nie żyje, zaś ich ciało znajduje się w fazie rozkładu. Były to głównie kobiety. W pewnym momencie chciałam uciec, ale moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Bezradnie poddałam się temu dziwnemu rytmowi narzuconemu przez kostuchę. Wówczas zabrzmiał dzwon, wybiła północ. Już myślałam, że czar pryśnie, a biedny Kopciuszek znowu zgubi pantofelka. Ale czar nie prysł, nadal tańczyliśmy ponurego walca, a z każdym taktem dochodziły do nas nowe marionetki i lalkarze, dewotki i kaznodzieje, białe damy i zacni panowie, chłopcy i dziewczęta, starzy i młodzi. Sala się zapełniała, obejmując każdą nową osobę przejmującą ciszą i pustką, jaką po sobie zostawili, wychodząc z domu.
Już zegar prawie skończył wybijać godzinę dwunastą, gdy otworzyłam oczy. Moje never ending story jeszcze się nie zaczęło. Tak przypuszczam. Rozejrzałam się po sali. Byłam na niej tylko ja i lichy cień. Ucieszyłam się nieznacznie. Tylko na chwilę, bo wówczas drzwi uchyliły się z piskiem. Wszedł przez nie ubrany niczym do walki mężczyzna, podśpiewując wesoło:
„Bum cyk-cyk i rata-rata
Nie ma to jak los pirata.
Kto na drodze jego stanie,
Temu kasza na śniadanie...”
Mężczyzna ów wyglądał raczej na Hiszpana niż na pirata. Zdziwiona podeszłam doń bliżej, ale jakby mnie nie zauważył. Zrobiłam zatem kilka kolejnych kroków w jego stronę, ale on odwrócił się ode mnie i spojrzał na drzwi, które tym razem otworzyły się z impetem. Przeleciało przez nie kolejnych 4 mężczyzn. Upadając na ziemię zdołali tylko wykrzyczeć:
- Nikt się nie spodziewa radosnych konkwistadorów!
Pierwszy mężczyzna spojrzał na nich z dezaprobatą i mruknął niezadowolony:
- Co za idioci...
Pozostali chyba to zauważyli, szybko, potykając się o siebie wstali i otrzepali podniszczone odzienie. Wyszli na korytarz i nim minęła minuta, znów rzucili się na drzwi, lecz i tym razem efekt był opłakany. Dopiero za trzecim razem zdołali się nie wywrócić o siebie.
Ten, który jako pierwszy wszedł do pokoju, podszedł do grupy, poklepał jednego z nich po ramieniu, rzecząc:
- Brawo, Hernanie Cortez. Podbiłeś pół świata niewiernych, zdobyłeś Meksyk, wzbogaciłeś się o nowe dobra i ziemię, ale też wszedłeś do pokoju, nie podbijając sobie ani innym oka. Brawo, król Hiszpanii zapewne będzie z Ciebie bardzo dumny.
- Dziękuję za Twe słowa uznania. – odpowiedział Cortez, po czym podał wskazując trunek w ręce. – To co, jeszcze po szklaneczce?
- Jam może ślepy, ale nie głupi – powiedział pierwszy i zasiadli do stołu, z tym, że stołu im ubyło i padli obaj na pozostałych kamratów, którzy jeszcze chwilę temu zasiadali do poczęstunku.
Przyglądałam się tej scenie z niedowierzaniem. Oto stało przede mną pięcioro zdobywców świata, którzy nie domagali z własnym ciałem. I byłoby wszystko super, tylko dlaczego znalazłam się w Andaluzji...?
Kolejny temat: Śmieciowózkiem w piękny rejs,
sobota, 23 maja 2020
Zjedz burgera wege
Zjedz mnie…
Schrup mnie
bez poczucia winy…
Bez obawy o kalorie
czy czerwień
tryskającą
z krwistego mięsa…
Zjedz mnie…
Jestem wege…
Rośliny w końcu
nie czują bólu…
Rośliny nie czują
nic…
Zjedz mnie,
schrup mnie,
pałaszuj z
uśmiechem na ustach!
Rozkoszuj się moim
sMackiem!
Zjedz mnie…
Nikt nie usłyszy
moich krzyków…
<wpadająca
w ucho melodia> I’m lovin’ it!
Następny temat: Gdzie zaginęła głowa.
Termin: 6.06.2020
sobota, 16 maja 2020
Nie ponimaju
Boże Ojcze Wszechmogący
W niebie na tronie siedzący
Pomnóż myśli moje małe,
By przyniosły Tobie chwałę.
Ty człowiecze, mały, biedny,
Słuchaj modłów, płaczów rzewnych,
Byś u progów bram Piotrowych
Był do przyszłych żyć gotowy.
Nikt nie ujdzie śmierci władzy,
My wobec niej mali, nadzy.
Więc się szykuj młody, stary
Na śmiertelne lekcje, kary.
Co przyniesie nam kostucha?
Kto chce wiedzieć, niechaj słucha.
Polikarpus przed wiekami
Chciał ze śmiercią wymienić się zdaniami,
Aby pięknie móc umierać,
Nie jako skórę z ciała zdzierać.
Dane mu to było, wiecie,
By mógł piękną śmierć mieć w świecie.
Co mędrcowi rzekła ona?
„Lękasz się, jakbyś miał skonać...
Lecz nie lękaj się tym razem,
Bo gdy stanę przed obrazem
Twym za raz następny
Bardziej będziesz zlękniony, posępny”.
Od tych czasów lat minęło
Chyba z 500, coś się wzięło
Przewinęło.
Coś zmieniło? Kto to wie?
Co się stało, jak i gdzie?
Dziś my nowych mędrców mamy,
Chociaż imion ich nie znamy.
Jeden z nich w ubogiej szopie
Już swój własny dołek kopie,
By w śmiertelnym zadumaniu
Schować się w własnym mieszkaniu.
Już niewiasta biała kroczy,
Widać u niej wzrok złowroczy,
Widać u niej piersi nagie,
Spod sukienki – dłonie śniade.
Podkrążone lica obie,
Długi nos złamany w sobie,
Włosy jakby poszarpane,
A na włosach wianki sprane.
„Jaśku mój mnie tak zostawił,
Jaśku kochał, i tak sprawił,
Żem się śmierci doczekała
I sama Kostuchą stała.
Czemuś więc mnie wzywasz, panie?
Nic ci ze mną się nie stanie.
Chociaż władzę mam w tych dłoniach,
Choć uczestniczę w pogoniach,
Choć mi podlega kaskader,
Co ma wiary w siebie wiele nader,
Choć nie wolnym od mej władzy,
Andrzej, Lech, Piast, ludzie nadzy...
Nie miej strachu w sercu swoim,
Przyjrzyj się dziś licom moim.
Bo w następnym mym spotkaniu
Nie trwać będziesz w oczekiwaniu”.
A magister rzecze smutnie:
„Kosa Twoja nos mi utnie!”
„Eże mistrzu drogi Twojej,
Pozwolisz, że z łaski swojej
wskażę Ci, że w dłoni mojej
Nie mam żadnej kosy swojej.
Ani sierpa też żadnego
Ani miecza też innego.
W mej dłoni nie spałam świecy,
Piasek w klepsydrze nie leci,
Ni zegarka na mej dłoni.
Co Cię tak przede mną broni?”
Mistrz powoli z dziury wstaje,
(chyba dzielnego udaje).
Stanął wnet na obie nogi,
Wyprostował się, aż srogi.
Śmierć się jakby wnet zmalała.
Jeszcze bardziej pobledziała.
Oczy swe spuściła na dół,
Wówczas jakby pękła na pół.
Mistrz zadaje swe pytania:
„Mam Ci wiele do zadania.
Z jakiej Śmierci ty krainy?
Czyżbyś była z Ukrainy?
Gdzie Twa matka, ojciec Twój,
Kto twój ślubny trzyma zwój?”
Kostucha swe oczy wzniosła.
Jakaś mała jest, lecz wyniosła
I tak mówi do rozmówcy:
„Jacyś wszyscy tak mali, krótcy,
Przecież w świecie tak globalnym,
Nie można być aż tak lokalnym.
Nikt nie oprze się mej mocy,
Rano, we dnie, w wieczór, w nocy.
Gdy mnie wezwiesz ku pomocy,
Strzelę w Ciebie niczym z procy”.
„Nic nie dadzą w banku zera,
Sześć, niczym u milionera?
Nie pomogą czeki grube?
Ni mężczyzny ciało chude?
Nie pomoże koń pod blachą,
Ostatecznie z kawą ciacho?”
„Eże, Jaśko mnie zostawił,
On tak samo dawniej prawił.
On też obiecywał krocie,
Aż skończyłam w tej miernocie.
Jakże ty od Jaśka mniejszy,
Miałbyś dla mnie być cudniejszy?
Nie pomogą żadne cuda.
Próbuj, może Ci się uda... „
Wtem magister się zamyślił,
Jakby mu się wnet sen przyśnił,
Lecz po chwili znowu ożył,
Już się tak Śmierci nie trwoży,
Tedy śmielej nieco pyta:
„Wejdziesz ze mną do koszyka?
Spróbujemy smaków nowych,
Zamiast znanych już, gotowych.
Poznasz nowe obyczaje,
Nowych ludzi, nowe kraje.
Co przyniesie ci posucha?
Będziesz tak żyć bez pastucha?”
Śmierć mu na to odpowiada:
„Jam nie głupia, ale blada.
Co mi pastuch dopomoże,
Chyba tylko rzepak, zboże,
Może cukrowych buraków,
Kilka desek spod tartaku.
Nie rozumiesz, że Kostucha
Kocha nie ciało, lecz ducha.
Nie obchodzi mnie majątek,
Ciało dobre, ciało skąpe...
Nie dla mnie są kosztowności
Ni inne rozmaitości.
Potrawa mi też nie leży
Na żołądku czy odzieży.
Chcesz mnie pojąć, pojmij proszę,
Lecz żalów ja Twych nie znoszę.
Nie odzieje mnie Marynarz,
Poliglota, weterynarz,
Nie polubi mego ciała
Piekarni ekipa cała.
Od dłoni mojej z daleka
Stoją dekarz i aptekarz.
Lecz ja wezmę wszystkich ich
Na wielkich posłańców swych”.
„Droga śmierci, powiedz zatem,
Czemuś jest lekarzy katem?
Jaka zatem jest sens walki
O los wiecznego życia kalki?”
„Mówisz, że ów ci zbrodniarze,
Co nazywasz ich lekarze,
Jako mieliby mieć moc dać życie.
Ech... Czemu na mnie się skarżycie?
Każdy dzień miał urodzenia,
Dla każdego dzień zemdlenia”
„Śmierci moja, lecz gdy się schowam,
To czy życie swe zachowam?”
„Już się przede mną chowali,
Lecz się potem gotowali
W cudzym domu niczym świnie.
Kto ucieka, niechaj ginie!
Inni w szafie się zamknęli,
Od niedzieli do niedzieli,
Inni o nich zapomnieli,
W piekle potem Ci spłonęli.
Chcesz wykopać dziurę całą,
Dalej, szybko, żywo, śmiało.
Niechaj inni jeno patrzą,
Jako Cię tam biorę na czczo.
Nie uciekniesz mojej sile,
Choć biegniesz, zostaniesz w tyle.
Czy rozumiesz, com Ci rzekła,
Byś nie przeszedł bramy piekła?"
„Jestem zostawiony chyba na rozstaju,
Od początku powtórz, bo nic nie pojmaju".
W niebie na tronie siedzący
Pomnóż myśli moje małe,
By przyniosły Tobie chwałę.
Ty człowiecze, mały, biedny,
Słuchaj modłów, płaczów rzewnych,
Byś u progów bram Piotrowych
Był do przyszłych żyć gotowy.
Nikt nie ujdzie śmierci władzy,
My wobec niej mali, nadzy.
Więc się szykuj młody, stary
Na śmiertelne lekcje, kary.
Co przyniesie nam kostucha?
Kto chce wiedzieć, niechaj słucha.
Polikarpus przed wiekami
Chciał ze śmiercią wymienić się zdaniami,
Aby pięknie móc umierać,
Nie jako skórę z ciała zdzierać.
Dane mu to było, wiecie,
By mógł piękną śmierć mieć w świecie.
Co mędrcowi rzekła ona?
„Lękasz się, jakbyś miał skonać...
Lecz nie lękaj się tym razem,
Bo gdy stanę przed obrazem
Twym za raz następny
Bardziej będziesz zlękniony, posępny”.
Od tych czasów lat minęło
Chyba z 500, coś się wzięło
Przewinęło.
Coś zmieniło? Kto to wie?
Co się stało, jak i gdzie?
Dziś my nowych mędrców mamy,
Chociaż imion ich nie znamy.
Jeden z nich w ubogiej szopie
Już swój własny dołek kopie,
By w śmiertelnym zadumaniu
Schować się w własnym mieszkaniu.
Już niewiasta biała kroczy,
Widać u niej wzrok złowroczy,
Widać u niej piersi nagie,
Spod sukienki – dłonie śniade.
Podkrążone lica obie,
Długi nos złamany w sobie,
Włosy jakby poszarpane,
A na włosach wianki sprane.
„Jaśku mój mnie tak zostawił,
Jaśku kochał, i tak sprawił,
Żem się śmierci doczekała
I sama Kostuchą stała.
Czemuś więc mnie wzywasz, panie?
Nic ci ze mną się nie stanie.
Chociaż władzę mam w tych dłoniach,
Choć uczestniczę w pogoniach,
Choć mi podlega kaskader,
Co ma wiary w siebie wiele nader,
Choć nie wolnym od mej władzy,
Andrzej, Lech, Piast, ludzie nadzy...
Nie miej strachu w sercu swoim,
Przyjrzyj się dziś licom moim.
Bo w następnym mym spotkaniu
Nie trwać będziesz w oczekiwaniu”.
A magister rzecze smutnie:
„Kosa Twoja nos mi utnie!”
„Eże mistrzu drogi Twojej,
Pozwolisz, że z łaski swojej
wskażę Ci, że w dłoni mojej
Nie mam żadnej kosy swojej.
Ani sierpa też żadnego
Ani miecza też innego.
W mej dłoni nie spałam świecy,
Piasek w klepsydrze nie leci,
Ni zegarka na mej dłoni.
Co Cię tak przede mną broni?”
Mistrz powoli z dziury wstaje,
(chyba dzielnego udaje).
Stanął wnet na obie nogi,
Wyprostował się, aż srogi.
Śmierć się jakby wnet zmalała.
Jeszcze bardziej pobledziała.
Oczy swe spuściła na dół,
Wówczas jakby pękła na pół.
Mistrz zadaje swe pytania:
„Mam Ci wiele do zadania.
Z jakiej Śmierci ty krainy?
Czyżbyś była z Ukrainy?
Gdzie Twa matka, ojciec Twój,
Kto twój ślubny trzyma zwój?”
Kostucha swe oczy wzniosła.
Jakaś mała jest, lecz wyniosła
I tak mówi do rozmówcy:
„Jacyś wszyscy tak mali, krótcy,
Przecież w świecie tak globalnym,
Nie można być aż tak lokalnym.
Nikt nie oprze się mej mocy,
Rano, we dnie, w wieczór, w nocy.
Gdy mnie wezwiesz ku pomocy,
Strzelę w Ciebie niczym z procy”.
„Nic nie dadzą w banku zera,
Sześć, niczym u milionera?
Nie pomogą czeki grube?
Ni mężczyzny ciało chude?
Nie pomoże koń pod blachą,
Ostatecznie z kawą ciacho?”
„Eże, Jaśko mnie zostawił,
On tak samo dawniej prawił.
On też obiecywał krocie,
Aż skończyłam w tej miernocie.
Jakże ty od Jaśka mniejszy,
Miałbyś dla mnie być cudniejszy?
Nie pomogą żadne cuda.
Próbuj, może Ci się uda... „
Wtem magister się zamyślił,
Jakby mu się wnet sen przyśnił,
Lecz po chwili znowu ożył,
Już się tak Śmierci nie trwoży,
Tedy śmielej nieco pyta:
„Wejdziesz ze mną do koszyka?
Spróbujemy smaków nowych,
Zamiast znanych już, gotowych.
Poznasz nowe obyczaje,
Nowych ludzi, nowe kraje.
Co przyniesie ci posucha?
Będziesz tak żyć bez pastucha?”
Śmierć mu na to odpowiada:
„Jam nie głupia, ale blada.
Co mi pastuch dopomoże,
Chyba tylko rzepak, zboże,
Może cukrowych buraków,
Kilka desek spod tartaku.
Nie rozumiesz, że Kostucha
Kocha nie ciało, lecz ducha.
Nie obchodzi mnie majątek,
Ciało dobre, ciało skąpe...
Nie dla mnie są kosztowności
Ni inne rozmaitości.
Potrawa mi też nie leży
Na żołądku czy odzieży.
Chcesz mnie pojąć, pojmij proszę,
Lecz żalów ja Twych nie znoszę.
Nie odzieje mnie Marynarz,
Poliglota, weterynarz,
Nie polubi mego ciała
Piekarni ekipa cała.
Od dłoni mojej z daleka
Stoją dekarz i aptekarz.
Lecz ja wezmę wszystkich ich
Na wielkich posłańców swych”.
„Droga śmierci, powiedz zatem,
Czemuś jest lekarzy katem?
Jaka zatem jest sens walki
O los wiecznego życia kalki?”
„Mówisz, że ów ci zbrodniarze,
Co nazywasz ich lekarze,
Jako mieliby mieć moc dać życie.
Ech... Czemu na mnie się skarżycie?
Każdy dzień miał urodzenia,
Dla każdego dzień zemdlenia”
„Śmierci moja, lecz gdy się schowam,
To czy życie swe zachowam?”
„Już się przede mną chowali,
Lecz się potem gotowali
W cudzym domu niczym świnie.
Kto ucieka, niechaj ginie!
Inni w szafie się zamknęli,
Od niedzieli do niedzieli,
Inni o nich zapomnieli,
W piekle potem Ci spłonęli.
Chcesz wykopać dziurę całą,
Dalej, szybko, żywo, śmiało.
Niechaj inni jeno patrzą,
Jako Cię tam biorę na czczo.
Nie uciekniesz mojej sile,
Choć biegniesz, zostaniesz w tyle.
Czy rozumiesz, com Ci rzekła,
Byś nie przeszedł bramy piekła?"
„Jestem zostawiony chyba na rozstaju,
Od początku powtórz, bo nic nie pojmaju".
Nowy temat: Nikt się nie spodziewa radosnych konwiskadorów.
Termin: 30.05.2020
sobota, 9 maja 2020
sobota, 2 maja 2020
Modlitwa do Podomnych
Modlitwa dla Podomnych
Boże Ojcze Wszechmogący
W domu na tronie siedzący,
Miej w opiece Kraj nasz cały,
Którym trzęsie strach niemały.
Od wulgarnych zapożyczeń,
Od niemiłych ludziom życzeń,
Od po stokroć słów bluźnierczych,
Od wybryków nieszermierczych,
Od wiadomej światu zguby,
Od nieznanej sobie luby,
Od zarazy, krwi, wyrzeczeń,
Od wzajemnych swych zaprzeczeń.
I od synów niepokornych,
Od obiadów niewybornych,
Od swych mebli niesprzątanych,
Od zwierzaków niekochanych.
Od wrażliwej nadto żony,
Od zjadliwej jej matrony,
Od niewyrzuconych śmieci,
Od nieposłuchanych dzieci.
I od braku Internetu,
Od pustego w banku czeku,
Od nadmiaru pracy zdalnej,
Od rozmowy łatwopalnej.
Od kolacji nazbyt głośnej,
Od sąsiadki nadto sprośnej,
Od nawału gwary wkoło,
Gdy pracując, jesteś szkołą.
Od weekendu tożsamego
Z resztą tygodnia całego.
Od poranka, co w południe
Dzień zakłóca jakby złudnie.
Od zepsutej wnet zmywarki,
I od niepiorącej pralki,
Od kuchenki bez palnika,
Od odprutego guzika,
Od filmu zatrzymanego
I od jedzenia starego.
Racz wysłuchać Boże Wielki,
Naszej ogromnej udręki,
Wybaw, Panie, nas z żałości,
Oddał od nas te przykrości.
Niech już nic nas nie oddała,
Etykiety:
#Bóg,
#dom,
#grasłów,
#koronawirus,
#kupokrzepieniuserc,
#litania,
#modlitwa,
#pieśńreligijna,
#potomni,
#praca,
#sylabotonizm,
#średniowiecze,
#wiara,
#zdalna,
#zostańwdomu
Subskrybuj:
Posty (Atom)


