Podróż zaczyna się tam, gdzie stawiasz swój pierwszy krok.
Wycieczka zaserwowana tylko dla ubogich, bezkształtnych,
bezdusznych, bezsercnych, bez… bezgłowych, bezdzietnych, Bez
czarnych, bez białych, bez żółtych, bez okularów, bezmózgów,
beznamiętnych. Ogólnie tych wszystkich tych, którzy mieszkają
tam, gdzie kwitną bzy. A kto pytał? W sumie nikt. Ani
Wiedźmin, ani iPioter, ani inkwizytorzy, nawet stary konkwistador.
Nikt.
Tym
razem nikt mnie też nie pytał. Znalazłam się nieproszona
w Andaluzji. Z daleka od domu, barokowego zamku,
przyjaciół, rodziny.
Na
kolorowym placu było zupełnie pusto. Życie zamarło. Obraz
wyglądał niczym namalowany na płótnie. Zero żywej duszy. Pustka.
Tylko potok wspomnień przepływał obok dopalającego się ogniska.
„Co się stało?” pomyślałam, potykając się o nierówność
na ziemi. Przecież jeszcze niedawno to miejsce tętniło życiem.
Nie mogło tak z dnia na dzień obumrzeć, chyba że… to
niemożliwe. Nie mogła zacząć się żadna wojna.
W
tym momencie dopadła mnie melancholia. Tyle przeżyłam, tylko…
jakbym w tym życiu nie żyła. Ciekawe, gdzie tym razem się
obudzę. Ciekawe, co mi los ofiaruje w tej rundzie. Niestety tym
razem ofiarował wyłącznie nudę i mrok. Ułożyłam się więc
spać gdzieś pod pobliskim domem.
Gdy
się obudziłam, dochodziły do mnie niewyraźne promienie słoneczne.
Otworzyłam powoli oczy, przyglądając się temu zjawisku. Okazało
się, że światło dochodzi zza tego świata. Podeszłam w jego
stronę, poruszając się niepewnie. Gdy byłam już prawie przy jego
źródle, coś mnie zatrzymało, niczym niewidzialna membrana.
Wówczas zrozumiałam, że znajduję się wewnątrz barokowego
pałacu, lecz tym razem… na jednym z obrazów tam się
znajdujących. Zostałam uwięziona niczym bezwzględny złoczyńca.
Czy tu przyjdzie mi dokonać swoich dni?
Gdy
już cała nadzieja zaczęła ulatywać niczym dym, w zasięgu
mojego wzroku pojawił się korowód tańca śmierci. A może
zamiast śmierci miał mi przynieść właśnie życie? Niezależnie
od tego, dokąd prowadził ów sznur, mi mógł przynieść tylko
ulgę. Tu czekała mnie tylko pustka.