Hindus, Arab, Sycylijczyk,
Hiszpan, Francuz i Brytyjczyk,
Jednym słowem - Pantarejczyk!* –
Czyli mały nasz Maryjczyk.
*Pantarejczyk - osoba wyznająca zasadę panta rhei
Żarty skrywane w tekście. Czasem ukryte, czasem jawne. Nieposkromiony czarny humor w tle. Na blue monday, czarny czwartek, piątek trzynastego i każdy inny dzień tygodnia.
Hindus, Arab, Sycylijczyk,
Hiszpan, Francuz i Brytyjczyk,
Jednym słowem - Pantarejczyk!* –
Czyli mały nasz Maryjczyk.
*Pantarejczyk - osoba wyznająca zasadę panta rhei
Pewien Rododendron stary,
Chciał powiększyć swe wymiary,
Poszedł do chirurga,
Co za dramaturgia,
Słońce paliło nieziemsko. Pijok nie był na to zdecydowanie przygotowany.
Chwiał się z nogi na nogę niczym Pan Cogito, dopijając resztki trunku ze schowanego
za pazuchą flakonu. Wtem przed jego oczami pojawiła się piękna kobieta, niosąca
zgrzewkę wody. „Jaka piękna fatamorgana” pomyślał.
- Przepraszam – zwróciła się doń kobieta – przepraszam, pomożesz
mi? Woda bardzo mi ciąży, a do domu mam jeszcze kawałek.
Pijok wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Czy to było do niego? Obejrzał
się dookoła, ale nikogo nie było w pobliżu, oprócz ich dwojga.
- Ja? – spytał niepewnie.
- Ty księże. – odpowiedziała kobieta.
- Yyyyy... ja... Ja pomogę. – powiedział, po czym wziął od nieznajomej
wodę.
Przeszli kilka kroków, po których wielmożny Ojciec się zatrzymał,
po czym się odezwał:
- Przepraszam, czy mogę się napić? Odkąd tu jestem, jeszcze nie
miałem nic w ustach.
- Owszem. – odpowiedziała kobieta.
Mężczyzna wyciągnął więc jedną butelkę i pociągnął z niej duży
łyk. Za chwilę drugi, po następnych paru krokach następny. Nim się obejrzał, z sześciu
butelek zostały trzy. Całe szczęście byli już u drzwi domu kobiety. Już chciał przekazać
jej pół pustą zgrzewkę, gdy ona zniknęła. Rozpłynęła się jak poranna mgła. Oszołomiony
Pijok został z na nowo napełnioną zgrzewką u drzwi zapomnianej przez czas kamienicy.
Jakim dżentelmenem okazał się wobec niej, owej nieznanej Samarytanki.
Podróż zaczyna się tam, gdzie stawiasz swój pierwszy krok. Wycieczka zaserwowana tylko dla ubogich, bezkształtnych, bezdusznych, bezsercnych, bez… bezgłowych, bezdzietnych, Bez czarnych, bez białych, bez żółtych, bez okularów, bezmózgów, beznamiętnych. Ogólnie tych wszystkich tych, którzy mieszkają tam, gdzie kwitną bzy. A kto pytał? W sumie nikt. Ani Wiedźmin, ani iPioter, ani inkwizytorzy, nawet stary konkwistador. Nikt.
Tym razem nikt mnie też nie pytał. Znalazłam się nieproszona w Andaluzji. Z daleka od domu, barokowego zamku, przyjaciół, rodziny.
Na kolorowym placu było zupełnie pusto. Życie zamarło. Obraz wyglądał niczym namalowany na płótnie. Zero żywej duszy. Pustka. Tylko potok wspomnień przepływał obok dopalającego się ogniska. „Co się stało?” pomyślałam, potykając się o nierówność na ziemi. Przecież jeszcze niedawno to miejsce tętniło życiem. Nie mogło tak z dnia na dzień obumrzeć, chyba że… to niemożliwe. Nie mogła zacząć się żadna wojna.
W tym momencie dopadła mnie melancholia. Tyle przeżyłam, tylko… jakbym w tym życiu nie żyła. Ciekawe, gdzie tym razem się obudzę. Ciekawe, co mi los ofiaruje w tej rundzie. Niestety tym razem ofiarował wyłącznie nudę i mrok. Ułożyłam się więc spać gdzieś pod pobliskim domem.
Gdy się obudziłam, dochodziły do mnie niewyraźne promienie słoneczne. Otworzyłam powoli oczy, przyglądając się temu zjawisku. Okazało się, że światło dochodzi zza tego świata. Podeszłam w jego stronę, poruszając się niepewnie. Gdy byłam już prawie przy jego źródle, coś mnie zatrzymało, niczym niewidzialna membrana. Wówczas zrozumiałam, że znajduję się wewnątrz barokowego pałacu, lecz tym razem… na jednym z obrazów tam się znajdujących. Zostałam uwięziona niczym bezwzględny złoczyńca. Czy tu przyjdzie mi dokonać swoich dni?
Gdy już cała nadzieja zaczęła ulatywać niczym dym, w zasięgu mojego wzroku pojawił się korowód tańca śmierci. A może zamiast śmierci miał mi przynieść właśnie życie? Niezależnie od tego, dokąd prowadził ów sznur, mi mógł przynieść tylko ulgę. Tu czekała mnie tylko pustka.
Był sobie kiedyś zakonnik cwany,
Co zamiast pisać, opróżniał dzbany,
Skrybów pełno sobie sprawił,
I się dalej dobrze bawił,
Piszcie więc za niego drogie pany.
Hitler tańczy Paso doble
Paląc swe opony dobre.
A Bogurodzica
Tak się tym zachwyca,
Aż pęka jej serce szczodre.
A opony nadal dobre.
Zanim się obejrzałam, Uranos i Gaja wyszli z sali. Na podwórku tylko dudniły ich kamienne kroki. Ja tymczasem zostałam sama w dolnym rogu lustra. Siedziałam tak przez dłuższą chwilę, zastanawiając się w ogóle jak ja się tu znalazłam. Droga była kręta i wyboista.
Nie ma Morza we Wrocławiu.
Czasem i tak w życiu bywa.
Nie ma Morza we Wrocławiu.
Coś się kończy, coś zaczyna… Nie ma Morza we Wrocławiu. Nie jest to niczyja wina! Nie ma Morza we Wrocławiu. Chodźmy może już do kina? Nie ma Morza we Wrocławiu. Dobra, napij się wpierw wina. Nie ma Morza we Wrocławiu. I co to za krzywa mina? Nie ma Morza we Wrocławiu. Przypominasz manekina. Nie ma Morza we Wrocławiu. No, zacięła się dziewczyna. Nie ma Morza we Wrocławiu. Chyba ma mnie za kretyna? Nie ma Morza we Wrocławiu. Tak, wiem. O nim się nie zapomina.
Kiedy życie ci niemiłe
I już zbierzesz w sobie siłę,
Do ucieczki się przygotuj,
I już nie ma tu odwrotu!
Spakuj wszystkie swe drobiazgi,
Trzy grzebyki, kilo miazgi,
Do Czikago, polskiej mekki,
Tu cię żywot czeka lekki!
Truchtaj prędko do roboty,
I nie zaznasz tu sromoty,
A gdy już się stęskni duszka,
Czas jest wracać do garnuszka
Maminego,
Mój kolego,
Tu się kończy twoja dróżka.